FlashFeed

🎬 Entertainment · Filmweb ·

"Proud" — polski serial godny podziwu debiutuje na HBO Max

Polski serial "Proud" w reżyserii Karola Klementewicza miał premierę na festiwalu Series Mania i zadebiutuje na platformie HBO Max jeszcze w tym roku. Produkcja z Ignacym Lissem w roli głównego bohatera Filipa opowiada o młodym mężczyźnie zmierzającym z rodzinną tragedią, stratą i żałobą. Recenze...

Na tegorocznej edycji prestiżowego Series Mania Festival premierę miał polski serial "Proud". Produkcja HBO z Ignacym Lissem ("Światłoczuła", "Idź pod prąd") w roli głównej opowiada o młodym mężczyźnie, który musi stawić czoła rodzinnej tragedii. Serial zadebiutuje w serwisie HBO Max jeszcze w tym roku. Przeczytajcie naszą recenzję trzech pierwszych odcinków.   Recenzja odcinków 1-3 serialu "Proud" Minuta, może czterdzieści sekund autor: Jan Tracz Zaczyna się zmysłowo, od wręcz monumentalnego "Love Tonight" duetu Shouse. Oraz od pośladków Ignacego Lissa. Reżyser i współscenarzysta Karol Klementewicz od pierwszych sekund swojego serialu "Proud" wyznacza nam pewną tonację – będzie intensywnie, namacalnie i bez żadnych tanich półśrodków. I co dalej? Twórca spełnia swoją obietnicę z otwierającej produkcję sekwencji. Wyprodukowany przez HBO Polska "Proud" to prawdopodobnie najlepszy polski (oraz queerowy) serial obyczajowy od paru dobrych lat. Bez nadęcia, koślawych dialogów i scenariopisarskiej kalkulacji.      Dostajemy za to opowieść o stracie, żałobie, resentymentach i tworzeniu siebie na nowo. Od początku wchodzimy głęboko w głowę Filipa, bohatera granego przez Lissa. Dzięki gwałtownym zbliżeniom obserwujemy jego twarz: to ona staje się dla nas wytrychem do jego umysłu; do buzującego od nadmiaru emocji wnętrza. Chłopak pracuje jako model, bierze udział w castingach, imprezuje wraz z innymi chłopakami, umawia się na one-night standy, sporo pije i spożywa niezłe ilości narkotyków. Otacza go grupka bliskich przyjaciół oraz kochająca siostra, ale on odpycha oferowaną przez nich miłość. Ucieka, wmawiając sobie, że nie zasługuje na taką dobroć.  Powodów jest parę – jednym z nich będzie odrzucenie, jakiego zaznał jeszcze zza młodu, gdy wraz z siostrą trafił do domu dziecka. Liss gra chłopaka pokrzywdzonego przez los, noszącego ranę, która nie może się w pełni zagoić. Albo sama nie chce się zasklepić, albo to on ją rozdrapuje. Filip wiedzie więc życie nonszalanckiego aroganta – do czasu otrzymania telefonu, który na zawsze zmieni jego życie.  Filip nagle dowiaduje się o śmierci bliskiej osoby. Brakuje mu słów, świat dookoła zaczyna się walić. Pozostaje cisza, następnie może i próba wyparcia. "Na jakiej ulicy zmarła? A, to znam, wiem, kojarzę" – próbuje wydusić z siebie cokolwiek, jakoś trzymać fason. Liss umiejętnie flirtuje z ciszą – jest krzykliwy i bezczelny, kiedy musi (Filip to pozer, a przynajmniej na takiego się kreuje), ale 28-letni aktor rozumie, w jakich momentach zmienić tonację i humanizować swojego bohatera. To ten rodzaj dupka, któremu chcemy pomóc, nawet jeśli istnieje spore prawdopodobieństwo, że zaraz się sparzymy. Później, gdy Filip idzie obejrzeć ciało, lekarka pociesza go, że zmarła osoba nie cierpiała. Że odeszła z tego świata w tempie ekspresowym. Ile to trwało? "Jakaś minuta, może czterdzieści sekund". Po tej kwestii znowu następuje cisza. "To długo", odpowiada Filip chwilę później, jakby zaraz miał paść, a widzowi odbiera oddech. W głosie Lissa czuć ból przechodzący przez całe ciało jego bohatera. Wymowny minimalizm, kino w kontakcie z prawdziwym życiem – w polskich produkcjach brakowało tak niewymuszonych dialogów. Całą recenzję serialu "Proud" można przeczytać na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.